Yet another fucked up day...
***Tu zaczynają się debilne wywody autora blogu, nic nie zmieniające w twoim życiu, oszczędź sobie 5 minut albo idź na siku***
Mam taką teorię, zawsze (a tak jest i dzisiaj) gdy mamy księżyc w nowiu, dzień ten z góry jest skazany na bycie dodupnym. Nie żebym wierzył w horoskopy z Metra, wróżki zza siedmiu mórz, czarodziejów, chiromantów, herbaciarki, wioskowe baby, czy inne jeszcze góralskie pierdoły, ale coś w tym jest. W streszczeniu słów kilku:
"Dzisiaj twój dzień będzie chujowy".
Tak, uwielbiam poczuć tę miłą, poranną atmosferę gdy budzi mnie jakże optymistyczny sms...I to wszystko się sprawdza, ale nie mam najmniejszego zamiaru wylewać tu tych bezwładnych intelektualnych wymiocin, i zalewać biednego internetu swoimi emoproblemami. Narzekanie jest dobre, narzekanie jest cnotą, ekshibicjonizm jest fajny, ale może nie ten emocjonalno-intelektualny.
A może po prostu sam, podświadomie ten dzień, od wyjścia z mieszkania sobie pieprzyłem? Może czytamy te durne horoskopy, idiotyczne porady wróżki Lidii czy innej Vanessy, a później jak psy Pavłova włazimy pod tramwaj, albo co gorsza oblewamy kawą nie tę osobę co trzeba (nie mam nic przeciwko byciu uczelnianym/biurowym chujem, gorzej jeżeli spotka się to z wywaleniem z roboty). Patrząc na częstotliwość moich beznadziejnych dni, albo mam permanentny okres, albo wieczny nów, albo w moją szczęśliwą gwiazdę walnęła kometa i już jej dawno nie ma.
W każdym razie (a NIE w każdym BĄDŹ razie), co miesiąc, w czasie nowiu, wszystko jest do dupy. Niczym ulewny deszcz, zalewają mnie ze wszechstron idioci i kretyni, a że jestem bardzo ciężko uczulony na głupotę ludzką, dzisiaj cierpię podwójnie. Do tego każdy z nich jakby uparł się, aby to właśnie do mnie się doczepić. Ludzie, czy wy nie możecie dać chociaż w ten jeden dzień, świętego ukochanego spokoju? Tramwaj jakoś bardziej śmierdzi, pogoda nie ta, na uczelni syf, ale to jakby constans, jeśli chodzi o sprawy emocjonalne to zostawiam to dla swojego spowiednika, chyba że lekką biegunkę można zaliczyć do spraw emocjonalnych (choć może to efekt wszechobecnej ludzkiej głupoty).
Reasumując, wszystko od początku do końca źle. A jeśli dzień od poranka wydaje się zmarnowany, najeb się przed śniadaniem.
***Tu głupoty się kończą***
Wracając do narzekania...
Wracając dzisiaj z popołudniowego piwa, koło 22, na schodach z przejścia podziemnego, na jakże mniej różniącą się od niego, tramwajową wiatę, zobaczyłem ciekawy widok. Przywitało mnie damskie krocze. I cała sytuacja mogłaby wydać się całkiem sympatyczna, gdyby nie to, że rozwalona na schodach dziewuszka, podparta o drugą, przepięknie malowała chodnik, treścią swojego obiadu. Na oko były buraczki. I muszę przyznać, że mimo wielu ostrych imprez, po których kończyłem w mniej lub bardziej zarzyganych sytuacjach, dziewuszka owa zawstydziła mnie pięknym barowym odgłosem pawiowania, akurat gdy przechodziłem obok.
Nachodzi mnie taka smutna refleksja, która to będzie przejawiać się cyklicznie na tym blogu: Co się stało z Polską? Kraj wieszczów, wojowników, bohaterów, artystów, pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn, ostoja chrześcijaństwa i producent najlepszych na świecie kiełbas (że o pierogach i kebabach jak od turka nie wspomnę), a tu ledwie wyrośnięta dziewuszka spawa na chodnik. Gdzie te damy (i nie że damy to się bawimy, a jak nie damy to się nie bawimy, czy też damy ale nie każdemu), kobiety dla których wiersze pisać się chce? Czemu przekształciły się w wieczne gówniary, z tatuażami w kształcie "chuj wie czego" na plecach, i o wytapetowanych ryjach, tak że szpachelką zbierać trzeba?
Oczywiście generalizuję, i strasznie uogólniam. Sam zadaję się raczej z normalnymi dziewczynami, które resztkami jakoś trzymają się staromodnej normalności, i chwała im za to, Boże miej piecze nad nimi. Cóż jednak poradzę na to, że idioci są tak sprytnie rozstawieni po świecie, że na każdym kroku spotyka się jakiegoś? A mimo uczulenia na głupotę, jakoś ich do siebie magicznie przyciągam. A może powinienem to opatentować? Przyciągać głupotę, a później ją eliminować? Może to jakiś sposób na życie? Jakby tak tylko mieć karabin...
Nie napisałem nic o tym, o czym pisać chciałem. Musiałem przed dalszą pracą jednak wylać z siebie nieco goryczy winny sposób niż kolejny portret wiszącego morona w moim zeszycie. Jest 1.30 w nocy, a ja już jestem po spaniu, i gotowy do dalszej pracy, o jak ja się cieszę, że mogę pracować całymi nocami!
...
Ja pierdolę, jaka kiła...
masz ciekawy styl pis... hmm narzekania
OdpowiedzUsuń