poniedziałek, 31 października 2011

Dziady.

W dzisiejszym odcinku dosramy:
Halloweenowi
Dzieciom
1-szemu listopada
Amerykańcom:

No to dawaj!

Ze świata: urodził się dzisiaj 7-mio miliardowy bachor. No pięknie..moja nieskrywana antropofobia daje podwójnie dziś znać o sobie. Jezusie przenajświętszy, Kryszno i Elvisie, dlaczego mi to robicie? Nie żebym miał coś przeciwko kolejnemu dziecku urodzonemu gdziesik na dalekim wschodzie (wysyp kitajców jeeee!!!), ale patrząc na małe statystyki:
kiedy urodzili się moi drodzy rodziciele, było nas dwa razy mniej.
kiedy ja się urodziłem, było nas ciągle o 2 mld mniej (hura,. jakiś względny luz na ulicach)
Za kilka lat, skoczy kolejne zero w statystykach, i ja się teraz pytam, gdzie miejsce w tramwaju dla mnie?  A jeżeli końca świata nie będzie? Przecież niedługo będziemy budować tunele i podziemne miasta, a moja wymarzona odludna emigracja już nawet przed tym mnie nie uchroni. Wszędzie ci..ludzie, na każdym kroku i w każdym miejscu. Noż szlag mnie trafi.

Dwa: Halloweeny i 1-szy listopada.
Z zasady i przekonania, Amerykańców jak Niemców nie trawię, przy czym ci ostatni chociaż samochody dobre mają. Ale co odjebało tej naszej polskiej kochanej latorośli, że w swym chorym umiłowaniu dla zachodu, popierdziela w beznadziejnych strojach (albo co gorsza bez, bo i takich debili dzisiaj widziałem...Ludzie na Halloween nawet amerykańce stroje szyją!) i proszą o cukierka? Jakby taki delikwent, w dzień powszedni, ot w taką sobotę (licząc, że akurat kaca mieć nie będę) zapukał i poprosił o cukierka to może coś bym rzucił (oczywiście nie rzuciłbym ale nie o to się rozchodzi). Ale do cięzkiej cholery, w dniu dzisiejszym, jednego z drugim psami bym poszczuł, albo żyletkami obrzucił! Czy ci umysłowi kalecy, nie są w stanie pojąć czym do chuja pana jest tradycja? Jeszcze jakby ogniska palili i dziady świętowali! Sam im maskę wystrugam, i twarogu podam. Ale łażenie w wymalowanym ryju po polskich blokowiskach? Może zacznijmy czcić chiński nowy rok albo rewolucję październikową? Łbem proszę o umywalkę przyłożyć, zanim wyjdziemy tak z domu, może coś nas oświeci, jeżeli to nie dociera.
No i ten przerażający dzień pierwszego listopada..Idą ci smutni ludzie na cmentarz, jadą z drugiego końca Polski, bo przypomniało się o zmarłym tatusiu, wujku, dziadku, babci, cioci, mamie, czy innym jeszcze koledze. W tych eleganckich płaszczykach i futerkach, bo przecież, trzeba się pokazać odpieprzonym jak stróż w boże ciało bo przecież sąsiad może zobaczyć, a Goiździkowa też kwiaty położyć pójdzie. I wszak umyć groby trzeba, kwiatki za 50 złotych a i znicz, najlepiej taki grający, przezajebisty, bo my, to państwo są! I tak 30 mln ludzi w tym kraju. Oczywiście, po obiadku, kiliszeczek koniaku, bo jak to inaczej, a rano wracać do domu. Kilku pijanych kretynów straci prawo jazdy, kilka innych osób życie i tak co roku.
Nasuwa mnie się kilka pytań:
Na chuj? Na chuj ja się pytam w ten jeden konkretny dzień jeździć na groby? Nie może to być zaliczone przez cały weekend? Co za różnica czy pojadę dzisiaj czy jutro? Po za tym że gorączka mi minie, i nie będę stał w korku 3 godziny. Nie można by pójść na jakieś ustępstwo i rozciągnąć to w czasie? I o co chodzi z tymi pijanymi kierowcami? W ciągu 4 dni złapali ich 2000, a w normalny weekend tylko 100? Gówno prawda! Nie żebym policji jakimś wielbicielem był, ale jakby w każdy weekend roku tak pilnowali, może i więcej pijaków za kółkiem by wyłapali. 
Ale nie, kurwa, dobrze być nie może, nie może i nie będzie. Bo od usranych kilkuset lat. czy burza i śnieg,. czy słońce, czy gradem w ryj wali, czy gorączka, noga połamana czy kacor męczy, idą Ci ludzie sumieniem ruszeni jak barany za cielęciem malowanym bo tak trzeba, tak wypada i tak każą. Weź tu człowieku nie oszalej.

Amerykańce: tu krótko: Skończyła się ofensywa w Libii, kolejne wiekopomne zwycięstwo w historii przewspaniałego narodu amerykańskiego. A ja powiem jedno: Afganistan. Też miało być zajebiście i też była walka o pokój, dobrze żarło, i zdechło. Żeby nie zdziwili się jak coś pójdzie nie tak Po za tym, walka bronią o pokój, to jak seks w imię dziewictwa. 

I teraz trochę moich smutnych przemyśleń. Mija powoli pierwsze dziesięciolecie XXI wieku. Żyjemy na świecie, w którym powoli wysrać się nie będzie gdzie. Jesteśmy na ciągłej smyczy, a paradoskalnie, najbardziej niezależnym krajem świata jest komunistyczna Korea. Przesiąkamy kulturami innych narodów, nawet nie mając z tym kompletnie nic wspólnego. Walczymy w nie swoich wojnach, pijemy nie swój alkohol i powtarzamy: Jestem wolny. Quo vadis świecie?

Przeprosiny:
Tak, tak wiem. Dzisiejszy post nie jest taki cool, fajny jak poprzednie. Nie gnoję zwyczajnych rzeczy i nie dopierdzielam ułomom bez słuchawek w  tramwaju. Nie poruszam fajnych tematów i przeklinam bez potrzeby. To wina gorączki. Amen
A już w następnym odcinku (za dwa dni):
Obiecana notka- facebook, a związki
debile bez słuchawek, czy niespełnieni didżeje?
w czym tonie i czym pachnie nasza ojczyzna, czyli psia kupa i inne rozkosze. 
A piszę tu o tym, żeby samemu nie zapomnieć..
Kiła nie taka straszna...

sobota, 29 października 2011

Zanim dojdzie do nas, że to bez sensu.

Debile, albo idioci, a już na pewno kretyni.
Dlaczego tak to jest, że zawsze kiedy czytam jakieś wiadomości, muszę w końcu trafić na tę jedną która uświadomi mnie doskonale, wśród jakich kretynów przyszło mi się obracać. No czy w tym kraju nie ma już o czym pisać tylko wywlekać na wierzch tak debilne fakty? Na chuj ja się pytam? Na chuj?
A oto i wspomniany news ŁoJezusiePrzenajsłodszy . Już nawet nie mam nic do ludzi którzy w to ło tałatajstwo kliknęli i dorzucili kolejnego, jednego z siedmiutysięcy lików. Ale jaka matka nie powstydziłaby się dziecka, które w swojej skrajnej tępocie tworzy święto w dniu 11 listopada, już pal sześć datę, co za skrajny ferment społeczny sprawił, że komuś do łba coś tak głupiego wpadło. Meandry głupoty osiągnęły w tym momencie poziom, którego nawet ja się nigdy nie spodziewałem. Już wiem skąd ten alergiczny katar.Aż pomodlę się za te 7tyś, ludzi uczestniczących w wydarzeniu, Panie miej nad nimi łaskę...
Drugie co dzisiaj, a raczej wczoraj, bo to dzień wczorajszy ugościł mnie takimi fajowskimi kretynizmami, to: tutej kliknąć . Zawsze jakoś moje serce było bardziej po lewej stronie, zawsze jakoś bardziej liberałem byłem i nazioli z serca swego jedynego nienawidzę jak psów, które co rano srają mi na chodnik. Ale na litość boską co te pierdolone hafnuty mają do polskich marszów w dniu 11 listopada? Niech wypierdalają do Raichu i tam zajmą się naziolami, a nie wtryniają się w nie swoje sprawy. No do ciężkiej kurwy nędzy, czy ten świat już na prawdę się sypie?

Reasumując: jest długi weekend, czyli spędzimy go na sprzątaniu i ryciu, jest sobota, a ja ciągle tkwię w tym smutnym jak pizda mieście, i zamiast ruszyć dupę w troki, zrobić co mam zrobić to piszę nikomu niepotrzebne informacje na ekshibicjonistycznym wentylu mojego życia. Boże co się ze mną stało i w którym momencie stałem się takim emozjebem?
A i ostatnie! W związku z wydarzeniami dni ostatnich, ogłaszam dzień 3 maja międzynarodowym dniem minetki, ku chwale socjalistycznej niemieckiej partii pracy!

Ja pierdole, co za kiła.

czwartek, 27 października 2011

Czarna kulka.

Yet another fucked up day...

***Tu zaczynają się debilne wywody autora blogu, nic nie zmieniające w twoim życiu, oszczędź sobie 5 minut albo idź na siku***
 
Mam taką teorię, zawsze (a tak jest i dzisiaj) gdy mamy księżyc w nowiu, dzień ten z góry jest skazany na bycie dodupnym. Nie żebym wierzył w horoskopy z Metra, wróżki zza siedmiu mórz, czarodziejów, chiromantów, herbaciarki, wioskowe baby, czy inne jeszcze góralskie pierdoły, ale coś w tym jest. W streszczeniu słów kilku:
"Dzisiaj twój dzień będzie chujowy".
Tak, uwielbiam poczuć tę miłą, poranną atmosferę gdy budzi mnie jakże optymistyczny sms...I to wszystko się sprawdza, ale nie mam najmniejszego zamiaru wylewać tu tych bezwładnych intelektualnych wymiocin, i zalewać biednego internetu swoimi emoproblemami. Narzekanie jest dobre, narzekanie jest cnotą, ekshibicjonizm jest fajny, ale może nie ten emocjonalno-intelektualny.
A może po prostu sam, podświadomie ten dzień, od wyjścia z mieszkania sobie pieprzyłem? Może czytamy te durne horoskopy, idiotyczne porady wróżki Lidii czy innej Vanessy, a później jak psy Pavłova włazimy pod tramwaj, albo co gorsza oblewamy kawą nie tę osobę co trzeba (nie mam nic przeciwko byciu uczelnianym/biurowym chujem, gorzej jeżeli spotka się to z wywaleniem z roboty). Patrząc na częstotliwość moich beznadziejnych dni, albo mam permanentny okres, albo wieczny nów, albo w moją szczęśliwą gwiazdę walnęła kometa i już jej dawno nie ma.
W każdym razie (a NIE w każdym BĄDŹ razie), co miesiąc, w czasie nowiu, wszystko jest do dupy. Niczym ulewny deszcz, zalewają mnie ze wszechstron idioci i kretyni, a że jestem bardzo ciężko uczulony na głupotę ludzką, dzisiaj cierpię podwójnie. Do tego każdy z nich jakby uparł się, aby to właśnie do mnie się doczepić. Ludzie, czy wy nie możecie dać chociaż w ten jeden dzień, świętego ukochanego spokoju? Tramwaj jakoś bardziej śmierdzi, pogoda nie ta, na uczelni syf, ale to jakby constans, jeśli chodzi o sprawy emocjonalne to zostawiam to dla swojego spowiednika, chyba że lekką biegunkę można zaliczyć do spraw emocjonalnych (choć może to efekt wszechobecnej ludzkiej głupoty).
Reasumując, wszystko od początku do końca źle. A jeśli dzień od poranka wydaje się zmarnowany, najeb się przed śniadaniem.
***Tu głupoty się kończą***

Wracając do narzekania...
Wracając dzisiaj z popołudniowego piwa, koło 22, na schodach z przejścia podziemnego, na jakże mniej różniącą się od niego, tramwajową wiatę, zobaczyłem ciekawy widok. Przywitało mnie damskie krocze. I cała sytuacja mogłaby wydać się całkiem sympatyczna, gdyby nie to, że rozwalona na schodach dziewuszka, podparta o drugą, przepięknie malowała chodnik, treścią swojego obiadu. Na oko były buraczki. I muszę przyznać, że mimo wielu ostrych imprez, po których kończyłem w mniej lub bardziej zarzyganych sytuacjach, dziewuszka owa zawstydziła mnie pięknym barowym odgłosem pawiowania, akurat gdy przechodziłem obok.
Nachodzi mnie taka smutna refleksja, która to będzie przejawiać się cyklicznie na tym blogu: Co się stało z Polską? Kraj wieszczów, wojowników, bohaterów, artystów, pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn, ostoja chrześcijaństwa i producent najlepszych na świecie kiełbas (że o pierogach i kebabach jak od turka nie wspomnę), a tu ledwie wyrośnięta dziewuszka spawa na chodnik. Gdzie te damy (i nie że damy to się bawimy, a jak nie damy to się nie bawimy, czy też damy ale nie każdemu), kobiety dla których wiersze pisać się chce? Czemu przekształciły się w wieczne gówniary, z tatuażami w kształcie "chuj wie czego" na plecach, i o wytapetowanych ryjach, tak że szpachelką zbierać trzeba? 
Oczywiście generalizuję, i strasznie uogólniam. Sam zadaję się raczej z normalnymi dziewczynami, które resztkami jakoś trzymają się staromodnej normalności, i chwała im za to, Boże miej piecze nad nimi. Cóż jednak poradzę na to, że idioci są tak sprytnie rozstawieni po świecie, że na każdym kroku spotyka się jakiegoś? A mimo uczulenia na głupotę, jakoś ich do siebie magicznie przyciągam. A może powinienem to opatentować? Przyciągać głupotę, a później ją eliminować? Może to jakiś sposób na życie? Jakby tak tylko mieć karabin...

Nie napisałem nic o tym, o czym pisać chciałem. Musiałem przed dalszą pracą jednak wylać z siebie nieco goryczy winny sposób niż kolejny portret wiszącego morona w moim zeszycie. Jest 1.30 w nocy, a ja już jestem po spaniu, i gotowy do dalszej pracy, o jak ja się cieszę, że mogę pracować całymi nocami!
...
Ja pierdolę, jaka kiła... 

poniedziałek, 24 października 2011

Ardua prima via est.

Palców u rąk i jednej nogi zabrakłoby, żeby zliczyć ile razy zabierałem się do blogowania. Niestety, a może na szczęście, zawsze jakoś powstrzymałem się od tego chorego ekshibicjonizmu, jakiś cichy głosik resztek zdrowego rozsądku odciągał mnie od tego, licząc że i tym razem nie dam się tej nienormalnej modzie.
Zdrowy mój rozsądek dostał wczoraj szklanką w łeb, a że to naczynko ze szkła ładnego, grubo ciętego, a do tego lekko dociążonego jakimś destylatem, Rozsądek (bo czemu nie traktować go nieco żywotnie?) już w chłodni...
Co to tu tak w ogóle znaleźć się ma? Niech będzie to, te kilka bajtów internetowej przestrzeni, skazane na oddanie się mojemu ulubionemu hobby (w którym to rozmiłowanie moje sięga ostatnio poziomów fetyszowch) tj. narzekaniu. Tak, tak, narzekaniu na wszystko i na wszystkich, z lekką nutką ironicznego spojrzenia, krytycznego uśmieszku i ogromnej pogardy. Hura.
I nie będzie tu wspomnianego wyżej ekshibicjonistycznego uzewnętrzniania się, niczym czternastolatka po acodinie którą rzucił chłopak, nie będzie też zdjęć kotów ani przepisów na racuchy. Chociaż to zależy od biopaliwa w moich żyłach.
Większość zawartości niepoprawna politycznie, moralnie, kulturowo, społecznie, religijnie, z dużą ilością wulgaryzmów, subiektywnego spojrzenia na świat, i szaloną moderacją komentarzy które nie będą ołkej.
Zaczynamy!

...
Ja pierdolę, ale kiła...