wtorek, 27 grudnia 2011

Święta.

Jest szaro.  Ostatnio moja przyjaciółka powiedziała mi, że jakiś dziwny jestem, bo jak piszę to narzekam jak pojebany, a jak z nią rozmawiam to spokojny, miły i kulturalny. Gdzie tu jest problem? I kim ja do chuja pana jestem w rzeczywistości? A i nie przeklinam ponoć...
Jest szaro. Nie o tym miałem jednak pisać. Dawno już na nic nie narzekałem, dawno nie było tego malkontenctwa, i dawno nie poprzeklinałem (chociaż dzisiaj, gdy zobaczyłem zakres materiału na zaliczenie z jednego przedmiotu, dostałem sąsiedzką nagrodę za wiązankę roku 2011, ale do kurwy nędzy, 370 stron na jakieś pierdolone zaliczenie? ZALICZENIE kurwa nie egzamin, no co za pojeb...).
Jest szaro. Dzisiaj będzie zwyczajni, o tym co jest, o tym co było i o tym co będzie.

Minęły święta, wczoraj się skończyły, a ja zastanawiam się co się ze mną stało? Kiedy cała magia świątecznego klimatu ze mnie wyparowała, kiedy zagubiłem gdzieś radość z kiczowatych chińskich pierdół, kiedy i gdzie zginęła radość z kilku groszy i barszczu z uszkami? Co się ze mną stało, że z osoby która śpiewała głośno i całkiem trzeźwo, wśród tłumu pijanych neandertali kolędy na pasterce, i kiedy stałem się taką emo cipką, żeby pisać o tym na blogu? 
I gdzie jest kurwa śnieg? Czemu za oknem nie ma tego zimnego, mokrego, białego gówna? Za to od chuja zimnego, mokrego, szarego gówna, którym jednak o dziwo dzieci nie chcą się napierdalać i nie robią z neigo pięknych, gównianych bałwanków? Nie proszę państwa, nie błota chcieliśmy na święta, tylko garstkę tego jebanego śniegu. A i tak jak spadnie w połowie stycznia, będzie że zima zaskoczyła drogowców, jakbyśmy kurwa w tropikach żyli...Chociaż wcale nie zdziwię się jak jebnie w maju..znowu.
Do tego żarcie. W sumie cieszę się, i czarna dziura w moim bebechu też, ale matko boska ileż można..do tego ryj mój jak dywan wygląda, i dawno mnie tak nie wypryszczyło. Nie żeby żarcie mi nie smakowało, i może wreszcie troszku przytyję, ale ja pierdolę w momencie kiedy mam jakiś krem/żel/mydło nawet na twarzy, a nie jestem aktualnie pod prysznicem, chuj mnie strzela, i mam dziwne wrażenie jakby ktoś narobił mi na facjatę. Nienawidzę w sensie. Ale nie ma co narzekać, nażarłem się.
A przyszłość? Nowy rok i sesja. Już czuję w każdym kawałku ciała i duszy rozrywający ból, słony smak kofeiny o poranku, który to porankiem jest tylko z nazwy bo chuj wie czy jest jeszcze noc czy dzień czy co innego, zwłaszcza że spało się kiedyś a kiedyś jest najdoskonalszym określeniem. I tak wiem kurwa, chcieliśmy być wykształconymi ludźmi, i tylko z własnej, przez nikogo nie narzuconej woli, to sobie robimy. Ale ja pierdolę, trochę wyrozumiałości, i empatii... i na chuj studiując ciągle mam wrażenie że jestem w jebanym gimnazjum, tylko wykładowcy jacyś durniejsi i gorzej przygotowany (czy któryś ma chociaż podstawowe wykształcenie pedagogiczne? No ja jebie, czytać książkę to ja sobie mogę w domu, w dresie, kapciach i z kawą, a nie przy jebanej ławce, w której nogi mi się nie mieszczą). 
No nic pora się uczyć, i o spaniu zapomnieć. 
Nic przez święta nie zrobiłem
A za oknem dalej szaro i chujowo. A czemu? Bo to Polska właśnie.

Ja pierdolę, ale kiła.

piątek, 11 listopada 2011

Cierpliwości.

Mnie brak. 

Autobus, stoję (tak stoję, i w sumie nie tylko dlatego, że każde z miejsc opłacone jest krwią dzikich, naftalinowych staruszek, ale raczej z prozaicznego powodu niewiedzy, kto przed chwilą spał na tym, albo sikał na owym fotelu, a i takie rzeczy się zdarzają) i czekam. I autobus też stoi, mimo że w ruchy. Widzę grupę hipsterskich gówniarzy, których mijałem pół godziny temu kilka przystanków dalej, wkurwia mnie myśl, że dojdą do celu szybciej ode mnie, mniej zdenerwowani i jeszcze się poruszają. Noż do kurwy nędzy, po co ja w ogólę płacę za te bilety? Że niby kultura zobowiązuje, liczy się i w ogóle fajnie. A w dupie to mam.
A autobus stoi. Stoi po to, żeby przejechać dwadzieścia metrów i znowu stać.. Ja pierdole...
Nachodzą człowieka takie myśli, po co? Po cholerę w ogóle wyciągałem dupę z ciepłego domu, i stoję w śmierdzącym autobusie? Czemu nie pojechałem tramwajem, który pewnie stałby ze względu na modernizację linii, albo znowu jakiś debil zawiesiłby się na torach. Czemu nie rowerem i czemu nie piechotą... Ja Pierdolę.
Stoję i myślę, i autobus też stoi, chociaż bezmyślnie i patrzy w czerwone oko świateł, a pijak jakiś śmierdzi na fotelu pod oknem..Ja pierdolę..
Nie rozumiem tego kraju. Ludzie bluzgają, że korki, bo za dużo samochodów, bo jeżdżą w połowie puste, bo  do sklepu miast na nóżkach to samochodem. Benzyna już ponad 6 złotych ponoć kosztuje, a Ci debile jak jeździli tak jeżdżą dalej. I czemu nie komunikacją miejską? I olśnienie.. Autobusem/tramwajem/metrem nie bo drogie (a benzyna to kurwa tania?), bo ciasno, bo nie zatrzyma się blisko domu (no ja jebie 50 metrów przejść im szkoda), bo korki i wolno jeżdżą.. Ale z drugiej strony w samochodzie też stoją, tyle tylko że na swoim. Czyli: korki są bo za dużo samochodów, za dużo samochodów, bo ludzie nie jeżdzą komunikacją miejską, nie jeżdzą komunikacją miejską bo jest wolna i stoi w korkach. A ceny benzyny rosną..JA PIERDOLE.

To jest chory kraj. Jak boga kocham, chory kraj. Mentalność tych ludzi jest niesamowita. Narzekają że drogo, narzekają że korki, narzekają że śmierdzi, narzekają, narzekają, narzekają...ale zrobić nie ma komu?

A autobus stoi. Jak to jest, jakie to niesamowite, jedna droga, żadnych zjazdów, żadnych przecznic, żadnych skrzyżowań ani świateł. Jeden przystanek autobusowy, jedno przejście dla pieszych, a korek jak sam skurwysyn.
A autobus stoi..

MYŚLCIE KURWA!!! 

wtorek, 8 listopada 2011

Pachnidło 1

Poranne chodniki
Gdy idę, nie rozmawiam z nikim
Jak jest w niedzielę nad ranem
Po sobotnich balach chodniki zarzygane

/Kult - Polska/

Niedzielny poranek, wcześnie, bo jeszcze przed budzikiem proboszcza. Jak jeden z miliona szarych balowych potworów, przemykam się wracając z imprezy dorannej. Nie jestem, pijany, a przynajmniej nie na tyle, by nie wyczuć otaczającego mnie świata. A prawda jest taka, że świat ów śmierdzi. Nie, źle mnie zrozumieliście, on jebie istnym smrodem i okropieństwem.
Poranek w niedzielę jest najsmutniejszym z widoków jaki było dane mi zaznać, i to nie tylko w tym szarym jak papier kraju, ale ogólnie. Szarzy widmowi ludzie wracający schyłkiem do domu, każdy ma ten ponury wyraz twarzy, na którym z zmieszaniem i zmęczeniem, kopuluje pewne poczucie wstydu czy nawet odrazy do samego siebie a kibicuje im strach i niepewność, nie mówiąc już o masturbującym się zagubieniu. Ludzie Ci nie są pijani, oni są Odyseuszami wracającymi do żon, dzieci, łóżek, za parę godzin, zacznie się trauma, ale teraz tylko spać. Są niegroźni.
Nie ma też na ulicach porannych sprzątaczek. W niedzielne ranki nawet porządkowi wstają później, w końcu nikt normalny nie przechadza się gdzie indziej niż na mszę o 9.30.
I obraz który mnie przytłacza: obsikane mury, zarzygane chodniki, potłuczone szkło butelek i o witryny szybowe rozmazane kebaby. Wszystko łączy się w kakofonie zapachów, przypominającą coś na kształt turpistycznej wersji perfumów Chanel. Czy to nasza kultura, że gdzie nasramy tam zostawimy, a sikamy gdzie popadnie? Czemu brakuje tego ułamka, ciut ogłady, który chociaż lekkim ukłuciem wstydu powstrzyma nas od zarzygania komuś drzwi wejściowych? Raz widziałem młokosa, kretyna lejącego pod drzwiami kościoła...chciałem ryj mu o framugi rozstrzaskać..nie żebym był przesadnie religijny, ale ludzie, litości!

Niedzielne poranki nie atakują mnie głupotą. W sumie lubię patrzeć na to jak wygląda wówczas świat. I nie dlatego że jest tak smutnie śmierdzący. Głupota nie ma już tu miejsca, uciekła i wyczerpała się przed świtem. Potworna półgodzina w mordach tego ludu, zanim otworzą żabkę, a suchość na językach ich ogromna. To co widzę to efekty głupoty, które mam nadzieję wyrzutem sumienia odbiją się na twórcach arrasów na szybie Rossmana na rynku....

Ta kurwa, jasne, do następnej sobotoniedzieli!

Co za kiła...

poniedziałek, 7 listopada 2011

Związek

Miało być o czymś innym, a będzie o czymś innym.
Obiecałem mojej przyjaciółce że poruszę ten smutny temat, chociaż tak naprawdę nie chcę go poruszać, i wolałbym zostawić te przemyślenia Bogu i historii.
Facebook, a związki. I nie, nie chodzi w tej chwili o "poke" jako pierwszy krok do łóżka, ani stalkerowanie swoich byłych w poszukiwaniu nowych obiektów nienawiści w postaci ich obecnych, nie, chociaż to też zabawne.
Siedzę i próbuję sobie przypomnieć ostatnią rozmowę, i ku zdziwieniu serce mnie się kraje, co to się ponawyrabiało na tym świecie. O Romea, Wertery, Filony i inne jeszcze Janki i ich Marysieńki, co stało się tak tragicznego w tej krótkiej internetu historii, że w czasach obecnych, a jest schyłek roku 2011, łatwiej jest zdecydować się na pójście z kimś do łóżka, niż zmianę statusu związku na facebooku? Czemu to właśnie ten gest stał się tak wymowny?
Tak, facebook, mam tam konto, chociaż linka nie podam, i krytykom tego działania mojego, tak konformistycznego działania powiem jedno: A idzcież w chuj! Nawet nie wiecie jaką radość sprawia gdy ktoś kliknie "like it" pod zdjęciem na którym robicie z siebie debila, albo na wyśmiewaniu się ze znajomych z dawnych lat. Ale o tym później. Wracając do związków.
Czemu tak wiele to znaczy nie tylko dla durnych dzieciaków, ale też i dla tych calkiem normalnych dorosłych to jedno kliknięcie? Fajnie, kolejny przejaw sieciowego ekshibicjonizmu, a po zerwaniu pięknie to wygląda, jak znowu, ku uciesze gawiedzi zmieniamy i publikujemy że zerwaliśmy, w sumie w dupie to mam. Ale czemu ja się pytam CZEMU, jest to ważniejsze od pójścia do łóżka?
I dobra, połowa ludzi dodających kogoś na FB do znajomych, pierwsze co robi (po przeglądnięciu pijackich zdjęć), sprawdza status związku. Jest to jakiś tam coming out, niczym ten gej, po raz pierwszy idący do baru Retum, ale co się stało że nawet gdy wszyscy o naszym związku wiedzą, gdy jest to wszem i wobec oznajmione, to nie, jednak to właśnie te dwa kliki uprawomocniają te decyzję. No ja jebię.To aż tak wielki krok w drodze przedłużenia gatunku? Czy to aż tak istotne? A nawet jeżeli, to czy musimy się tym chwalić udostępniając tysiącu znajomych znajomych, te wiadomość? Na chuj? 
Wszem i wobec przysiąc muszę, że choćby nie wiem co, to publikować na "Wallu" nie będę, jak kto zainteresowany niech poszuka albo zapyta czy z kimś jestem czy nie, a i tak, mam "wdowiec" w aktualnym statusie związku, El viva trollo!

A teraz chwila na poważnie. Ogarnijcie się. To jest nic. Kilka lat temu był oficjalne rozmowy z rodzicami, zapoznawanie dziewczyny znajomym, wspólne za łapki wyjście do kościoła. No strzelcie sobie te informacje, ale nie róbcie z tego widowiska i cyrku. A jak wspaniale na nerwy działają mi geniusze, zmieniajacy status c 5 minut...i małżeństwo z koleżanką z lawki, fuck jeah! 

I co do chuja pana znaczy "to skomplikowane"?

poniedziałek, 31 października 2011

Dziady.

W dzisiejszym odcinku dosramy:
Halloweenowi
Dzieciom
1-szemu listopada
Amerykańcom:

No to dawaj!

Ze świata: urodził się dzisiaj 7-mio miliardowy bachor. No pięknie..moja nieskrywana antropofobia daje podwójnie dziś znać o sobie. Jezusie przenajświętszy, Kryszno i Elvisie, dlaczego mi to robicie? Nie żebym miał coś przeciwko kolejnemu dziecku urodzonemu gdziesik na dalekim wschodzie (wysyp kitajców jeeee!!!), ale patrząc na małe statystyki:
kiedy urodzili się moi drodzy rodziciele, było nas dwa razy mniej.
kiedy ja się urodziłem, było nas ciągle o 2 mld mniej (hura,. jakiś względny luz na ulicach)
Za kilka lat, skoczy kolejne zero w statystykach, i ja się teraz pytam, gdzie miejsce w tramwaju dla mnie?  A jeżeli końca świata nie będzie? Przecież niedługo będziemy budować tunele i podziemne miasta, a moja wymarzona odludna emigracja już nawet przed tym mnie nie uchroni. Wszędzie ci..ludzie, na każdym kroku i w każdym miejscu. Noż szlag mnie trafi.

Dwa: Halloweeny i 1-szy listopada.
Z zasady i przekonania, Amerykańców jak Niemców nie trawię, przy czym ci ostatni chociaż samochody dobre mają. Ale co odjebało tej naszej polskiej kochanej latorośli, że w swym chorym umiłowaniu dla zachodu, popierdziela w beznadziejnych strojach (albo co gorsza bez, bo i takich debili dzisiaj widziałem...Ludzie na Halloween nawet amerykańce stroje szyją!) i proszą o cukierka? Jakby taki delikwent, w dzień powszedni, ot w taką sobotę (licząc, że akurat kaca mieć nie będę) zapukał i poprosił o cukierka to może coś bym rzucił (oczywiście nie rzuciłbym ale nie o to się rozchodzi). Ale do cięzkiej cholery, w dniu dzisiejszym, jednego z drugim psami bym poszczuł, albo żyletkami obrzucił! Czy ci umysłowi kalecy, nie są w stanie pojąć czym do chuja pana jest tradycja? Jeszcze jakby ogniska palili i dziady świętowali! Sam im maskę wystrugam, i twarogu podam. Ale łażenie w wymalowanym ryju po polskich blokowiskach? Może zacznijmy czcić chiński nowy rok albo rewolucję październikową? Łbem proszę o umywalkę przyłożyć, zanim wyjdziemy tak z domu, może coś nas oświeci, jeżeli to nie dociera.
No i ten przerażający dzień pierwszego listopada..Idą ci smutni ludzie na cmentarz, jadą z drugiego końca Polski, bo przypomniało się o zmarłym tatusiu, wujku, dziadku, babci, cioci, mamie, czy innym jeszcze koledze. W tych eleganckich płaszczykach i futerkach, bo przecież, trzeba się pokazać odpieprzonym jak stróż w boże ciało bo przecież sąsiad może zobaczyć, a Goiździkowa też kwiaty położyć pójdzie. I wszak umyć groby trzeba, kwiatki za 50 złotych a i znicz, najlepiej taki grający, przezajebisty, bo my, to państwo są! I tak 30 mln ludzi w tym kraju. Oczywiście, po obiadku, kiliszeczek koniaku, bo jak to inaczej, a rano wracać do domu. Kilku pijanych kretynów straci prawo jazdy, kilka innych osób życie i tak co roku.
Nasuwa mnie się kilka pytań:
Na chuj? Na chuj ja się pytam w ten jeden konkretny dzień jeździć na groby? Nie może to być zaliczone przez cały weekend? Co za różnica czy pojadę dzisiaj czy jutro? Po za tym że gorączka mi minie, i nie będę stał w korku 3 godziny. Nie można by pójść na jakieś ustępstwo i rozciągnąć to w czasie? I o co chodzi z tymi pijanymi kierowcami? W ciągu 4 dni złapali ich 2000, a w normalny weekend tylko 100? Gówno prawda! Nie żebym policji jakimś wielbicielem był, ale jakby w każdy weekend roku tak pilnowali, może i więcej pijaków za kółkiem by wyłapali. 
Ale nie, kurwa, dobrze być nie może, nie może i nie będzie. Bo od usranych kilkuset lat. czy burza i śnieg,. czy słońce, czy gradem w ryj wali, czy gorączka, noga połamana czy kacor męczy, idą Ci ludzie sumieniem ruszeni jak barany za cielęciem malowanym bo tak trzeba, tak wypada i tak każą. Weź tu człowieku nie oszalej.

Amerykańce: tu krótko: Skończyła się ofensywa w Libii, kolejne wiekopomne zwycięstwo w historii przewspaniałego narodu amerykańskiego. A ja powiem jedno: Afganistan. Też miało być zajebiście i też była walka o pokój, dobrze żarło, i zdechło. Żeby nie zdziwili się jak coś pójdzie nie tak Po za tym, walka bronią o pokój, to jak seks w imię dziewictwa. 

I teraz trochę moich smutnych przemyśleń. Mija powoli pierwsze dziesięciolecie XXI wieku. Żyjemy na świecie, w którym powoli wysrać się nie będzie gdzie. Jesteśmy na ciągłej smyczy, a paradoskalnie, najbardziej niezależnym krajem świata jest komunistyczna Korea. Przesiąkamy kulturami innych narodów, nawet nie mając z tym kompletnie nic wspólnego. Walczymy w nie swoich wojnach, pijemy nie swój alkohol i powtarzamy: Jestem wolny. Quo vadis świecie?

Przeprosiny:
Tak, tak wiem. Dzisiejszy post nie jest taki cool, fajny jak poprzednie. Nie gnoję zwyczajnych rzeczy i nie dopierdzielam ułomom bez słuchawek w  tramwaju. Nie poruszam fajnych tematów i przeklinam bez potrzeby. To wina gorączki. Amen
A już w następnym odcinku (za dwa dni):
Obiecana notka- facebook, a związki
debile bez słuchawek, czy niespełnieni didżeje?
w czym tonie i czym pachnie nasza ojczyzna, czyli psia kupa i inne rozkosze. 
A piszę tu o tym, żeby samemu nie zapomnieć..
Kiła nie taka straszna...

sobota, 29 października 2011

Zanim dojdzie do nas, że to bez sensu.

Debile, albo idioci, a już na pewno kretyni.
Dlaczego tak to jest, że zawsze kiedy czytam jakieś wiadomości, muszę w końcu trafić na tę jedną która uświadomi mnie doskonale, wśród jakich kretynów przyszło mi się obracać. No czy w tym kraju nie ma już o czym pisać tylko wywlekać na wierzch tak debilne fakty? Na chuj ja się pytam? Na chuj?
A oto i wspomniany news ŁoJezusiePrzenajsłodszy . Już nawet nie mam nic do ludzi którzy w to ło tałatajstwo kliknęli i dorzucili kolejnego, jednego z siedmiutysięcy lików. Ale jaka matka nie powstydziłaby się dziecka, które w swojej skrajnej tępocie tworzy święto w dniu 11 listopada, już pal sześć datę, co za skrajny ferment społeczny sprawił, że komuś do łba coś tak głupiego wpadło. Meandry głupoty osiągnęły w tym momencie poziom, którego nawet ja się nigdy nie spodziewałem. Już wiem skąd ten alergiczny katar.Aż pomodlę się za te 7tyś, ludzi uczestniczących w wydarzeniu, Panie miej nad nimi łaskę...
Drugie co dzisiaj, a raczej wczoraj, bo to dzień wczorajszy ugościł mnie takimi fajowskimi kretynizmami, to: tutej kliknąć . Zawsze jakoś moje serce było bardziej po lewej stronie, zawsze jakoś bardziej liberałem byłem i nazioli z serca swego jedynego nienawidzę jak psów, które co rano srają mi na chodnik. Ale na litość boską co te pierdolone hafnuty mają do polskich marszów w dniu 11 listopada? Niech wypierdalają do Raichu i tam zajmą się naziolami, a nie wtryniają się w nie swoje sprawy. No do ciężkiej kurwy nędzy, czy ten świat już na prawdę się sypie?

Reasumując: jest długi weekend, czyli spędzimy go na sprzątaniu i ryciu, jest sobota, a ja ciągle tkwię w tym smutnym jak pizda mieście, i zamiast ruszyć dupę w troki, zrobić co mam zrobić to piszę nikomu niepotrzebne informacje na ekshibicjonistycznym wentylu mojego życia. Boże co się ze mną stało i w którym momencie stałem się takim emozjebem?
A i ostatnie! W związku z wydarzeniami dni ostatnich, ogłaszam dzień 3 maja międzynarodowym dniem minetki, ku chwale socjalistycznej niemieckiej partii pracy!

Ja pierdole, co za kiła.

czwartek, 27 października 2011

Czarna kulka.

Yet another fucked up day...

***Tu zaczynają się debilne wywody autora blogu, nic nie zmieniające w twoim życiu, oszczędź sobie 5 minut albo idź na siku***
 
Mam taką teorię, zawsze (a tak jest i dzisiaj) gdy mamy księżyc w nowiu, dzień ten z góry jest skazany na bycie dodupnym. Nie żebym wierzył w horoskopy z Metra, wróżki zza siedmiu mórz, czarodziejów, chiromantów, herbaciarki, wioskowe baby, czy inne jeszcze góralskie pierdoły, ale coś w tym jest. W streszczeniu słów kilku:
"Dzisiaj twój dzień będzie chujowy".
Tak, uwielbiam poczuć tę miłą, poranną atmosferę gdy budzi mnie jakże optymistyczny sms...I to wszystko się sprawdza, ale nie mam najmniejszego zamiaru wylewać tu tych bezwładnych intelektualnych wymiocin, i zalewać biednego internetu swoimi emoproblemami. Narzekanie jest dobre, narzekanie jest cnotą, ekshibicjonizm jest fajny, ale może nie ten emocjonalno-intelektualny.
A może po prostu sam, podświadomie ten dzień, od wyjścia z mieszkania sobie pieprzyłem? Może czytamy te durne horoskopy, idiotyczne porady wróżki Lidii czy innej Vanessy, a później jak psy Pavłova włazimy pod tramwaj, albo co gorsza oblewamy kawą nie tę osobę co trzeba (nie mam nic przeciwko byciu uczelnianym/biurowym chujem, gorzej jeżeli spotka się to z wywaleniem z roboty). Patrząc na częstotliwość moich beznadziejnych dni, albo mam permanentny okres, albo wieczny nów, albo w moją szczęśliwą gwiazdę walnęła kometa i już jej dawno nie ma.
W każdym razie (a NIE w każdym BĄDŹ razie), co miesiąc, w czasie nowiu, wszystko jest do dupy. Niczym ulewny deszcz, zalewają mnie ze wszechstron idioci i kretyni, a że jestem bardzo ciężko uczulony na głupotę ludzką, dzisiaj cierpię podwójnie. Do tego każdy z nich jakby uparł się, aby to właśnie do mnie się doczepić. Ludzie, czy wy nie możecie dać chociaż w ten jeden dzień, świętego ukochanego spokoju? Tramwaj jakoś bardziej śmierdzi, pogoda nie ta, na uczelni syf, ale to jakby constans, jeśli chodzi o sprawy emocjonalne to zostawiam to dla swojego spowiednika, chyba że lekką biegunkę można zaliczyć do spraw emocjonalnych (choć może to efekt wszechobecnej ludzkiej głupoty).
Reasumując, wszystko od początku do końca źle. A jeśli dzień od poranka wydaje się zmarnowany, najeb się przed śniadaniem.
***Tu głupoty się kończą***

Wracając do narzekania...
Wracając dzisiaj z popołudniowego piwa, koło 22, na schodach z przejścia podziemnego, na jakże mniej różniącą się od niego, tramwajową wiatę, zobaczyłem ciekawy widok. Przywitało mnie damskie krocze. I cała sytuacja mogłaby wydać się całkiem sympatyczna, gdyby nie to, że rozwalona na schodach dziewuszka, podparta o drugą, przepięknie malowała chodnik, treścią swojego obiadu. Na oko były buraczki. I muszę przyznać, że mimo wielu ostrych imprez, po których kończyłem w mniej lub bardziej zarzyganych sytuacjach, dziewuszka owa zawstydziła mnie pięknym barowym odgłosem pawiowania, akurat gdy przechodziłem obok.
Nachodzi mnie taka smutna refleksja, która to będzie przejawiać się cyklicznie na tym blogu: Co się stało z Polską? Kraj wieszczów, wojowników, bohaterów, artystów, pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn, ostoja chrześcijaństwa i producent najlepszych na świecie kiełbas (że o pierogach i kebabach jak od turka nie wspomnę), a tu ledwie wyrośnięta dziewuszka spawa na chodnik. Gdzie te damy (i nie że damy to się bawimy, a jak nie damy to się nie bawimy, czy też damy ale nie każdemu), kobiety dla których wiersze pisać się chce? Czemu przekształciły się w wieczne gówniary, z tatuażami w kształcie "chuj wie czego" na plecach, i o wytapetowanych ryjach, tak że szpachelką zbierać trzeba? 
Oczywiście generalizuję, i strasznie uogólniam. Sam zadaję się raczej z normalnymi dziewczynami, które resztkami jakoś trzymają się staromodnej normalności, i chwała im za to, Boże miej piecze nad nimi. Cóż jednak poradzę na to, że idioci są tak sprytnie rozstawieni po świecie, że na każdym kroku spotyka się jakiegoś? A mimo uczulenia na głupotę, jakoś ich do siebie magicznie przyciągam. A może powinienem to opatentować? Przyciągać głupotę, a później ją eliminować? Może to jakiś sposób na życie? Jakby tak tylko mieć karabin...

Nie napisałem nic o tym, o czym pisać chciałem. Musiałem przed dalszą pracą jednak wylać z siebie nieco goryczy winny sposób niż kolejny portret wiszącego morona w moim zeszycie. Jest 1.30 w nocy, a ja już jestem po spaniu, i gotowy do dalszej pracy, o jak ja się cieszę, że mogę pracować całymi nocami!
...
Ja pierdolę, jaka kiła...